12% polskich kobiet przeczytało o mojej operacji korekty płci

Co ósma Polka w wieku 25–44 lat zobaczyła mój post. Potem pod nim rozpoczęła się bitwa o to, kto ma prawo nazywać się kobietą.

9 lipca 2026 roku o godzinie 8:08 napisałam na Facebooku:

Czeka mnie ciężka operacja. Tu, pod spódnicą.
54 tys. zł kosztuje wycięcie resztki męskich organów
i zrobienie na ich miejsce tego,
co od zawsze być tam powinno,
lecz natura popełniła błąd.

[tu oryginalny wpis na Facebooku, tu jego kopia tutaj, na moim blogu].

Dalej wyjaśniłam, że niechciane organy zostaną usunięte, że zachowane zostaną połączenia nerwowe i że powstanie kobieca anatomia zewnętrzna. Tyle, bym mogła bez lęku iść nago do damskiej sauny.

Na końcu poprosiłam o kupowanie mojej książki Kobiecość jest radosna. To ze sprzedaży własnej pracy próbuję sfinansować operację, której nikt mi nie refunduje.

W ciągu dwóch dni Facebook wyświetlił ten wpis ponad 2,2 miliona razy. Dotarł on do około 1,3 miliona odbiorców. Niemal wszyscy byli ludźmi, którzy wcześniej mnie nie obserwowali: 99,3% ekspozycji pochodziło od osób niebędących moimi obserwatorami, a 94,5% ruchu wygenerował system rekomendacji Facebooka.

Algorytm wziął moją prywatną opowieść o ciele i położył ją na ekranach telefonów w całej Polsce.

Skąd się wzięło 12 procent?

Według statystyk Facebooka kobiety stanowiły około 77% odbiorców. Przy zasięgu wynoszącym 1 293 225 osób oznacza to:

1 293 225 × 77% = 995 783.

A zatem wpis dotarł orientacyjnie do prawie miliona kobiet.

Osoby w wieku 25–44 lat stanowiły 69% publiczności. Najprostsze przybliżenie daje więc:

1 293 225 × 77% × 69% = 687 090.

Z wykresu Facebooka, na którym płeć pokazana jest osobno w każdej kategorii wieku, można oszacować tę liczbę dokładniej. Kobiety w wieku 25–34 stanowiły około 30,2% wszystkich odbiorców, a kobiety 35–44 około 22,7%. Razem było to około 52,9% całej publiczności:

1 293 225 × 52,9% ≈ 685 000.

Według tabeli struktury wieku ludności Polski na początku 2021 roku kobiet w wieku 25–44 lat było:

  • 25–29: 1 177 960;
  • 30–34: 1 367 645;
  • 35–39: 1 543 389;
  • 40–44: 1 482 301.

Razem:

1 177 960 + 1 367 645 + 1 543 389 + 1 482 301 = 5 571 295.

Jeżeli około 685 tysięcy z nich zobaczyło mój wpis, otrzymujemy:

685 000 ÷ 5 571 295 ≈ 12,3%.

A zatem mój post dotarł orientacyjnie do co ósmej Polki w wieku 25–44 lat.

To oczywiście szacunek, a nie wynik spisu powszechnego. Facebook klasyfikuje wiek i płeć kont, nie prowadzi badania metrykalnego. Nie wiem też, ile spośród tych kobiet przeczytało tekst od początku do końca.

Jednak już sam początek wpisu był wystarczająco informatywny. Żeby dowiedzieć się, że dojrzała transpłciowa kobieta planuje operację genitalną, że będzie ona kosztować 54 tysiące złotych i że ma usunąć pozostałości męskiej anatomii, wystarczyło przeczytać kilka pierwszych zdań. Nie trzeba było rozwijać całego tekstu.

Facebook zarejestrował ponadto 395 237 kliknięć wewnątrz materiału. Tylko 5979 z nich było kliknięciami prowadzącymi do mojej strony. Pozostałe setki tysięcy obejmowały rozwijanie wpisu, otwieranie fotografii, komentarzy, profilu i inne działania wewnątrz Facebooka. Platforma nie podaje, ile dokładnie osób nacisnęło samo „Wyświetl więcej”, ale niewątpliwie setki tysięcy odbiorców zrobiły coś więcej niż tylko przesunęły palcem po ekranie.

Dane o strukturze ludności zaczerpnęłam z zestawienia Demografia Polski. Dokładniejsze i nowsze tablice według płci i wieku publikuje Bank Danych Lokalnych GUS. Ponieważ od 2021 roku liczne roczniki przesunęły się do starszych kategorii, dzisiejsza liczba kobiet 25–44 jest zapewne mniejsza niż 5,57 miliona. W takim ujęciu rzeczywisty odsetek mógłby być nawet nieco wyższy.

Dlatego „12%” nie jest liczbą wyssaną z palca. Jest ostrożnym oszacowaniem rzędu wielkości.

Kto naprawdę komentował?

Pod wpisem Facebook pokazywał 2514 komentarzy. Udało mi się pobrać i odtworzyć 2494 z nich:

  • 1165 komentarzy głównych;
  • 1329 odpowiedzi;
  • 1557 rozróżnionych autorów.

Ci komentujący stanowili około 0,12% wszystkich odbiorców.

Inaczej mówiąc: na każdy tysiąc osób, które zobaczyły mój wpis, komentarz napisała niewiele więcej niż jedna.

Ponad 99,8% publiczności nie zostawiło w przechwyconej dyskusji żadnej wypowiedzi.

Dlatego komentarzy nie wolno traktować jako sondażu opinii miliona odbiorców. Komentarze pokazują nie to, co myślała przeciętna kobieta oglądająca mój wpis, lecz to, kto poczuł się przymuszony do publicznego zabrania głosu.

I tutaj pojawia się wynik najbardziej znamienny.

Mężczyźni stanowili tylko około 23% odbiorców, ale:

  • 53,6% rozróżnionych komentujących;
  • 61,4% autorów komentarzy głównych.

Kobiety stanowiły około 77% publiczności, lecz tylko:

  • 44,9% rozróżnionych komentujących;
  • 36,9% autorów komentarzy głównych.

Po uwzględnieniu struktury widowni mężczyzna miał około czterokrotnie większe prawdopodobieństwo napisania czegokolwiek niż kobieta. Prawdopodobieństwo, że mężczyzna przyjdzie i założy własny wątek, było około 5,6 raza większe niż w przypadku kobiety.

To nie milion kobiet ruszył przeciwko mnie.

To niewielka, ale niezwykle pobudzona grupa mężczyzn weszła w przestrzeń oglądaną przede wszystkim przez kobiety i zaczęła wyjaśniać wszystkim, kim wolno mi być.

Męska straż graniczna patriarchatu

Komentarze mężczyzn układały się w powtarzalny repertuar:

Chłopie, lecz się.

Nigdy nie będziesz kobietą.

Natura się nie myli.

Najpierw psychiatra.

Wytnij sobie mózg.

Jesteś facetem w peruce.

Nie były to argumenty skierowane do mnie. Nikt rozsądny nie sądzi przecież, że po szesnastu miesiącach terapii hormonalnej, po orchidektomii, zmianie dokumentów, kilku latach życia jako Maria i przygotowaniach do kolejnej operacji zmienię zdanie pod wpływem komentarza „chłopie, lecz się”.

Adresatem tego przedstawienia była publiczność.

Ci mężczyźni nie próbowali przekonać mnie. Próbowali na oczach kobiet ponownie ustanowić hierarchię: powiedzieć, że to oni mają prawo rozstrzygać, kto jest kobietą, kto może wejść do damskiej sauny, jak kobieta powinna wyglądać i czyje cierpienie zasługuje na uznanie.

Patriarchat nie polega wyłącznie na tym, że mężczyzna wydaje kobiecie polecenia. Polega również na uzurpowaniu sobie prawa do definiowania kobiecości i kontrolowania granic kobiecego świata.

Moja decyzja jest dla takiego porządku szczególnie niebezpieczna.

Przyszłam na świat z przywilejem przypisania do płci męskiej, a jednak świadomie go odrzuciłam. Powiedziałam publicznie, że męskie organy nie są dla mnie skarbem ani symbolem wyższej pozycji. Są czymś obcym, czego chcę się pozbyć, aby żyć jako kobieta.

Jeżeli kobiecość ma być w patriarchalnej hierarchii stanem gorszym, podporządkowanym, to moja radość z bycia kobietą jest herezją. Pokazuje, że kobiecość może być nie degradacją, lecz wyzwoleniem.

Dlatego trzeba mi powiedzieć, że nigdy kobietą nie będę. Nie wystarczy, że jestem szczęśliwa. Trzeba odebrać mi prawo do nazwania własnego szczęścia.

Patriarchat ma także kobiece strażniczki

Nie tylko mężczyźni mnie atakowali. Były również kobiety, które z wielką determinacją broniły biologicznej granicy kobiecości, damskiej sauny, boskiego porządku albo prawa do nazywania mnie mężczyzną.

Patriarchat nigdy nie był organizacją składającą się wyłącznie z mężczyzn. Każdy trwały system społeczny potrzebuje ludzi podporządkowanych, którzy uwewnętrznią jego reguły i zaczną ich pilnować.

Największą awanturę wywołał komentarz kobiety, która napisała, że ma nadzieję, iż nigdy nie zostanę wpuszczona do damskiej sauny, ponieważ jestem „obrzydliwym facetem”.

Sam komentarz zebrał tylko dwie reakcje, ale wywołał 404 odpowiedzi. W tej rozmowie wzięły udział 174 osoby — 132 kobiety i 41 mężczyzn. Kobiety napisały 328 z 405 wypowiedzi.

Największe pole bitwy pod moim wpisem było więc w ogromnej większości kobiece.

Tyle że wiele kobiet nie walczyło tam ze mną. Walczyło z osobą, która próbowała mnie publicznie upokorzyć.

Komentowały brak empatii. Protestowały przeciw misgenderowaniu. Wyjaśniały różnicę między płcią, anatomią i tożsamością. Odpowiadały na religijne i pseudomedyczne argumenty. Niekiedy robiły to spokojnie, niekiedy równie brutalnie jak strona atakująca.

To nie był jednolity „głos kobiet”. To była kobieca debata o tym, czy jestem jedną z nich i czy nawet osoba, która w to nie wierzy, ma prawo odmawiać mi człowieczeństwa.

Kobiety nie muszą rozumieć wszystkiego

Nie twierdzę, że 77% kobiecej publiczności popiera moją operację. Milczenie nie jest dowodem akceptacji. Wśród kobiet istnieją transfobia, nieufność i lęk przed utratą granic własnej kategorii.

Jednak widzę zasadniczą różnicę między sposobem reagowania kobiet i mężczyzn.

Mężczyźni znacznie częściej przychodzili, by wydać samodzielny wyrok. Kobiety znacznie częściej odpowiadały innym ludziom. Napisały 64% wszystkich odpowiedzi.

Wśród komentarzy zawierających proste formuły wsparcia — „trzymam kciuki”, „powodzenia”, „jesteś dzielna”, „jesteś kobietą” — zdecydowanie dominowały kobiety. Wśród komentarzy odmawiających mi kobiecości, nakazujących leczenie psychiatryczne albo posługujących się językiem obrzydzenia dominowali mężczyźni.

Były też kobiety, które uznawały moją tożsamość, lecz krytykowały nazwanie penisa „paskudnym” i przeznaczonym na śmietnik. To krytyka, którą można potraktować poważnie. Moja osobista dysforia została przez część odbiorczyń odczytana jako potępienie męskiego ciała w ogóle — także ciał ich partnerów, synów albo transpłciowych mężczyzn.

Nie każda niezgoda była transfobią. Ale prawie każde „chłopie, lecz się” było próbą odebrania mi prawa do samostanowienia.

Kobieta nie musi rozumieć, jak to jest urodzić się z męskimi genitaliami, aby rozumieć coś bardziej podstawowego: jak to jest żyć w ciele poddawanym ocenie, kontroli, bólowi, medycynie i cudzym oczekiwaniom.

Dlatego nie potrzebuję, by wszystkie kobiety uznały mój opis za idealny. Wystarczy, że wiele z nich rozpoznało we mnie podmiot, a nie przedmiot męskiego osądu.

Wszystko działo się na ich oczach

Ponad tysiąc osób wrzuciło pod wpis swoje pojedyncze wyroki. Większość nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Prawdziwa walka skoncentrowała się w kilkunastu wątkach i była prowadzona przez bardzo małą grupę szczególnie aktywnych osób.

Zaledwie 295 osób napisało prawie połowę wszystkich komentarzy. Osiemnaście osób wytworzyło 14% dyskusji.

Maleńka grupa mogła więc stworzyć wrażenie, że przemawia w imieniu społeczeństwa.

Ale nie przemawiała.

Społeczeństwem były także setki tysięcy milczących kobiet, które patrzyły.

Patrzyły, jak mówię o swojej operacji bez wstydu. Jak nazywam cenę. Jak opisuję spodziewany efekt. Jak proszę nie o jałmużnę, lecz o zakup książki. Jak nie pytam mężczyzn, czy wolno mi być kobietą.

Patrzyły też, jak mężczyźni próbują przywrócić dawny porządek. Jak każą mi wrócić do męskiego imienia, do psychiatry, do natury, do Boga i do ciała, którego nie chcę.

I patrzyły, jak inne kobiety odpowiadają: zostawcie ją. To jej ciało. To jej życie. Jest kobietą.

Wszystko to odbyło się na oczach około 685 tysięcy kobiet w wieku 25–44 lat — kobiet znajdujących się w tym okresie życia, w którym najczęściej zakłada się rodziny, wychowuje dzieci i przekazuje następnemu pokoleniu podstawowe wyobrażenia o świecie.

Nie wiem, ile z nich stanęło po mojej stronie.

Wiem natomiast, że już mnie zobaczyły.

Dowiedziały się, że w Polsce żyje dojrzała transpłciowa kobieta, która sama opowiada o swoim ciele, sama decyduje o operacji i sama próbuje ją sfinansować.

Męska furia nie zatrzymała tej wiadomości.

Przeciwnie: każda reakcja, każdy szyderczy komentarz i każda kolejna awantura pomagały Facebookowi nieść ją dalej.

Chcieli mnie uciszyć.

Pomogli mi dotrzeć do co ósmej Polki.

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź do 12% polskich kobiet przeczytało o mojej operacji korekty płci

  1. Kobietaktoraprzeczytala pisze:

    Świetne, dające do myślenia podsumowanie. Jestem jedną z tych. co przeczytały i nieskomentowały. Podziwiam, że chce się Pani z tą głupotą dyskutować i wystawiać na komentarze. Z drugiej strony ma to duży walor edukacyjny. Przydałby się ktoś kto z równym zacięciem obnażał reakcje na wydarzenia polityczne. Podejrzewam że jest podobnie: jeden procent nudzących się idiotów wystawia opinie całemu społeczeństwu. Tylko jak ich uciszyć? Dać na piwo?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.